SZCZYPTA  HUMORU

 

Kolarski pluton kolorowych beretów w chwilę po zakończeniu ćwiczeń: rzut beretem do celu na czas.

Pomyliliście drogę!

W słoneczną sobotę 22 października 2011 r. wybraliśmy się na wycieczkę rowerową do Gniazdowa. Za Myszkowem nasz barwny peletonik skręcił w kierunku Mysłowa. Ponieważ jeden z członków naszej grupy coś poprawiał przy rowerze, jechaliśmy wolno czekając, aż dołączy do grupy. W chwilę po tym, jak wyprzedziliśmy rowerzystę jadącego na grzyby, minął  nas samochód, który nagle zaczął trąbić. Byliśmy pewni, że to znajomy "grzybiarza". Po krótkim czasie, gdy do naszej ekipy dołączył maruder dowiedzieliśmy się, że kierowca furgonetki trąbił na nas. Kierowca widząc kolorowo ubranych cyklistów pomyślał, że pomylili drogę i zamiast do Huciska jadą do Mysłowa. W rejonie Huciska tego dnia odbywały się wyścigi przełajowe wyczynowców.

 

Na Starym Myszkowie

7 X 2012 r.

 

O kurde!!!

8 czerwca 2007 r. gdy wracałem ze zlotu przodownickiego w Siedlcach w Grójcu się pogubiłem. Nie mogąc trafić na właściwą drogę zatrzymałem się na parkingu przed Zakładem Energetycznym i stojącego przy samochodzie młodzieńca zapytałem o drogę na Rawę Mazowiecką.

- O kurde, o kurde! - wybąkał indagowany drapiąc się po głowie.

- Co o kurde!? zapytałem. O kurde - wiem, czy o kurde - nie wiem?

- Panie, ja nie tutejszy; nie wiem - oznajmił.

- W porządku. Bycie grójczaninem czy nim niebycie nie jest niczym złym. Zapytam o drogę innego przechodnia - dodałem żegnając skonfundowanego mężczyznę.

 

Pan Roman 

to

wielki turysta - mówi z przekonaniem

Damianek.

Do czego służy tata ?

W długi, majowy weekend 2002 r. wybraliśmy się całą rodziną na Słowację, aby zwiedzić zamek w m. Orawsky Podzamok, nadto skorzystać z kąpieli w gorących źródłach Besenovej i Oravic. W przedostatnim dniu, gdy wieczorem pakowaliśmy do samochodowego bagażnika manatki, by wrócić z Oravicy na nocleg do wynajętej kwatery, 4-letni Damianek ni stąd, ni zowąd zaczął wypuszczać powietrze z plastikowego kółka, na którym pływał. 

- Dlaczego wypuszczasz powietrze, jutro nie będziesz się już kąpał? - zapytał ojciec, który pierwszego dnia  musiał poświęcić sporo czasu na nadmuchanie torusa.

- A co, ciebie jutro tu nie będzie? - odparł pytaniem na pytanie rezolutny malec.

 

Klubowe wyprawy w 30 sezonie na wesoło

Turyści, MORDY Wy moje, szukając PRZYGODY niczym zabijaka z ZABIJAKa nie patrząc na DZIEWKI poznając po drodze MAZURY  trafiliśmy na MIŁOŚĆ do podróży!

Paliwowe kłopoty na Zachodzie

  Parę lat temu, gdy wracaliśmy „škodą” z rowerami na dachu z rajdu AIT z Belgii byliśmy już przyzwyczajeni do tego, że na Zachodzie co kilkanaście kilometrów napotykaliśmy stacje paliw. Gdy tylko bak odczuwał pragnienie, robiliśmy składkę w walucie tego kraju, w którym akurat przyszło tankować, po czym uruchamialiśmy dystrybutor, by w kilka chwil później ruszyć w dalszą drogę.

  Już w drodze do domu, po noclegu u kolegi Mariana Gruchela w Wuppertalu w Niemczech kierujący wyliczył, że jeśli złożymy się po 10 marek [jechało nas 4: Jan, Paweł i Roman Garncarzowie oraz niżej podpisany] to zakupione paliwo wystarczy na dotarcie do polskiej granicy. Za składkowe pieniądze kupiliśmy ok. 30 l benzyny. Jazda przebiegała w zasadzie bez zakłóceń, jeśli nie liczyć awarii rozrusznika, co wymagało uruchamiania auta „na pych”.

  Minęliśmy Berlin, po czym w połowie drogi do Cottbus kontrolka paliwa zaczęła niepokojąco się żarzyć, a potem coraz mocniej świecić. Po pewnym czasie Jan dramatycznym oznajmił, że nie tylko do granicy, ale nawet do Cottbus chyba nie dojedziemy. Co robić, noc, odludzie, a na trasie ani jednej „tankszteli”. Sytuacja stawała się groźna. Mijane parkingi były puste, a ich jedyne – czynne o tej porze -  wyposażenie stanowiły toalety.

  Aż wreszcie na jednym z nich spostrzegliśmy kilka zaparkowanych samochodów. Niestety, znajdujący się w nich ludzie spali; nie wypadało ich budzić. Ale w zakątku parkingu Romek wypatrzył „wartburga”, przy którym krzątało się trzech młodzieńców. Podchodzę do nich i pytam, jak daleko jest do najbliższej stacji benzynowej. Nie wiedzą. – Może macie atlas lub mapę samochodową? Owszem. Cóż z tego. Był to atlas krajoznawczy, na którym zaznaczono każdy pomnik i muzeum; nie było jednak obiektów tak nam tej nocy potrzebnych. – Potrzebujemy kilka litrów benzyny – mówię. Wzruszenie ramion. Zdziwiony, że Niemcy nie rozumieją po niemiecku biegnę do samochodu i z rowerowej sakwy wyciągam rozmówki, po czym pokazuje palcem jednemu z nich odpowiednie zdanie. Cisza. Zdeterminowany wyciągam (za radą Pawła) 10 DM. – Masz „dychę”, daj mi 5 l benzyny. Poskutkowało. Któryś z nich otwiera bagażnik „wartburga”, wydobywa jeden z dwóch kanistrów. Otwieram pokrywkę, oświetlam latarką wnętrze by sprawdzić, jak dużo paliwa  jest w pojemniku.

  Nasz wybawca rzuca się do ucieczki. Halt! – krzyczę, nie bój się, to nie zapałki! Wraca. Podaję kanister Romkowi; okazuje się, że nie mamy lejka. Niemcy tez nie. Od czego pomyślunek, Polak potrafi. Paweł odcina dno od plastikowej butelki po „Jurajskiej” i po chwili benzyna leje się do baku. Roman oddaje kanister, Paweł wrzuca lejek do kontenera, Niemiec coś krzyczy. – Paweł! – wołam, nie wyrzucaj latarki, muszę ją oddać kierowcy „wartburga”.

  Okazało się, że niemieccy turyści stali na parkingu bezradni, gdyż zabrakło im paliwa w baku. Nie mając lejka, nie potrafili go przelać z kanistra do zbiornika. Dopiero, gdy ujechaliśmy kilkaset metrów pomyślałem, że mogliśmy im sprzedać nasz patent. A tak, za darmo wyciągnęli  lejek z kosza.

  Trzy kilometry dalej napotkaliśmy pachnącą nowością, stojącą przy nowoczesnym parkingu stacje benzynową. Składka po 5 DM, tankowanie, pchanie i w drogę. Dojechaliśmy do Polski. Silnik zgasł nieodwołalnie, gdy mieliśmy ok. 300 m polskiego CPN. Musieliśmy jednak poczekać na jej otwarcie pół godziny, gdyż uruchamiana była o godzinie 7 rano. Chwila drzemki bardzo się nam przydała. Przed nami była jeszcze długa droga do Myszkowa.

 

Prezentujemy udokumentowane dociekania przyczyn nagłego ocieplenia na Jurze Częstochowskiej. Okazuje się - mówi dr Ko - że produkujący samogon Hugon Cieplak, , już w grudniu rozpalił ogień w piecu zbudowanym w podziemiach olsztyńskiego zamku. A skąd czerpie finanse na produkcję - zapytaliśmy badacza? To proste: 1 kwietnia rozpoczął prace wykopaliskowe tuż przy banku; być może coś planuje, może skok?

 

Alkohol? - Dopiero od 13-ej!

Latem 1986 r. z kilkunastoosobową grupą rowerzystów uczestniczyliśmy w Międzynarodowym Rajdzie Kolarskim AIT - PTTK z metą w Rogoźniku. Starsi cykliści pamiętają, że w owym czasie coraz częściej dawały o sobie znać trudności w zaopatrzeniu, zaś alkohol sprzedawano tylko w określonej porze dnia. Któregoś dnia rankiem, jak zwykle, poszedłem z dyżurnymi na zakupy do pobliskiego sklepu. Kupiliśmy pieczywo, konserwy, nabiał, nadto pamiętając, że kończą się zapasy paliwa do prymusa poprosiłem o dwie butelki denaturatu.

- Alkohol sprzedajemy od godziny 13,00 - oznajmiła ekspedientka. 

- Co też pani mówi. Czy ja wyglądam na takiego, który z dziećmi pije denaturat?

- Nie! Ale takie są przepisy - odparła sklepowa.

Muszę jednak przyznać, że z jej zachowania dało się odczytać zaproszenie, by ponownie zajrzeć do pawilonu, gdy nie będzie w nim innych klientów. Odczekaliśmy kilkanaście minut, po czym, po wyjściu ostatniej klientki sklepowa sprzedała nam dyskretnie dwie butelki jagodowego płynu.

 

W Czechach byłem na rowerze, ale do Pragi pojechałem samochodem.

 

W pociągu

W 1988 r. w czechosłowackim wówczas Ružinie odbywał się I Zlot Rowerzystów Państw Europy Środkowej. Wybraliśmy się tam 8-osobową ekipą. Na wyjazd pozyskałem środki dewizowe z Biura Turystyki Zagranicznej PTTK (za korony płaciliśmy bez narzutów), zmontowałem grupę, spakowaliśmy bagaże i… pociągiem udaliśmy się do Katowic, by tam późną nocą przesiąść się do pociągu pospiesznego zdążającego do Piwnicznej (z Piwnicznej, po przekroczeniu granicy, jechaliśmy już na rowerach). Zanim pojechaliśmy do Katowic, parokrotnie upewniłem się, czy pospieszny pociąg ma w swym składzie wagon bagażowy, czy ten wagon codziennie jest dopinany do pociągu, czy są w sprzedaży bilety rowerowe itp. W dniu wyjazdu, gdy pociąg wjechał na katowicki peron okazało się, że brankardu nie ma. Konsternacja, rozpacz, złość – co robić!? Zlot opłacony, paszporty wyrobione, a tu wszystko wskazuje na zepsute wakacje. Biegam do kierownika pociągu, pytam, dlaczego akurat dziś nie ma wagonu bagażowego. Wzruszenie ramion: „nie ma, bo nie dopięto”. Podejmuję decyzję – „wsiadamy do wagonu zaraz za elektrowozem!” Razem z młodzieżą ładujemy się do wagonu pullman, upychamy rowery na korytarzu, a sakwy – na półkę przedziału. Kierownik pociągu nie oponuje, ale konduktor biega jak wściekły. Wzywa SOK, potem patrol milicji. Zbliża się północ, pociąg nie rusza, chociaż czas odjazdu minął. Tłumaczę interweniującym funkcjonariuszom w czym rzecz, że nie z naszej winy akurat dziś nie ma bagażówki. Pasażerowie z okien wagonów krzyczą „zabrać dzieci z rowerami!”. Konduktor się zmywa, patrole rozmawiają z kierownikiem pociągu, ten decyduje: „rozłóżcie koc na siedzenie przedziału, ustawcie na nim rowery, jedziemy!” Efekt: rowery jadą wygodnie w przedziale, a my stoimy, siedzimy, kucamy w wąskim korytarzu. Makabra. Przed nami cała noc jazdy, ale szczęśliwi jedziemy. Nad ranem Romek wcisnął się do przedziału i w niezrozumiały dla nas do dziś sposób wcisnął się pod rowery i usnął na siedzeniu pullmana. Gdy w Piwnicznej wyszedł na peron, wszyscy parsknęli śmiechem. Rowerowy łańcuch odcisnął na policzki turysty tłusty ślad. Był to śmiech radości. Oporządziliśmy nasze jednoślady i ruszyliśmy w kierunku granicy. Przed nami był 100-km. odcinek, do Chminianskiej Nowej Wsi, gdzie zaplanowany był pierwszy nocleg pod namiotami. Dotarliśmy tam po całym  dniu jazdy po słowackich kopcach (w kraju naszego południowego sąsiada, co stwierdziliśmy z autopsji, nie ma kilometra płaskiej drogi: bezustannie jedzie się albo pod górę, albo z góry). Do Chminianskiej NW częściej było pod górkę.

 

 

Marian Kotarski w karykaturze

Alberta Kapuściaka

 

Marian Kotarski w karykaturze

Wojciecha Buchańca

 

Fotoaparat

   Uczestnicząc w 1999 r. w Centralnym Zlocie Turystów Kolarzy PTTK w Kurnędzu na ziemi piotrkowskiej każdego dnia odbywaliśmy wycieczki rowerowe po okolicy. Jednego dnia wraz z Agnieszką Sytniewską wybraliśmy się do Smardzewic, aby obejrzeć tamę Zbiornika Sulejowskiego. Już na miejscu, po skonsumowaniu drugiego śniadania poprosiłem miejscowego cyklistę, by zrobił nam zdjęcie z widokiem na akwen.

   - Proszę, tu się patrzy, tu naciska... - mówię podając mu kompaktowego "Kodaka";

   - Panie, przecież to aparat dla idioty. Ja tez potrafię się nim posługiwać - odparł indagowany.

     Muszę przyznać, że mimo sporej dozy samokrytycyzmu wykonał ładne zdjęcie, które po dziś dzień zdobi nasz turystyczny album fotograficzny.

 

Z mapy wyraźnie wynika, że tu powinien być gęsty las!

 

 

Co zmalował Wiesław L. ?  

                 Wiesław Lipecki z Klubu PTTK „M-2” zajmuje się rysunkiem satyrycznym. Jego prace są publikowane w wielu czasopismach, wystawiane w warszawskim Muzeum Karykatury, trafiają do książek.

Tadeusz  Garncarz 

kolarz, 

biznesmen; 

mecenas turystyki

Witold Fiączyk - zdobywca dużej złotej KOT nr 500

Jolanta Białek  niegdyś Klub "M-2" teraz mieszkanka Warszawy

Marian Kotarski -prezes Zarządu Klubu "M-2"

Roman Garncarz - wiceprezes klubu, biznesmen, mecenas turystyki

 

Mateusz Kotarski turysta rowerzysta

Łukasz Kortas turysta rowerzysta

 

Wiesław Lipecki ex-wiceprezes

Agnieszka Wojtasik sekretarz Klubu

 

Dokuczliwe komary

    Bodaj w 1981 r. dotarliśmy z obozem wędrownym do Dęblina. Na polu namiotowym nad Wisłą straszliwie cięły komary. Po roku wybraliśmy te strony  ponownie [kontynuowaliśmy trasę małego rajdu kolarskiego dookoła Polski], ale tym razem poszukiwaliśmy innego miejsca na biwak. Nie chcąc rozbijać się "na dziko" objechaliśmy miasto wzdłuż i wszerz. Bez skutku. Już na peryferiach spotkaliśmy dwóch mężczyzn z teczkami w rękach.

    Podjechałem do nich i zapytałem, gdzie jest pole namiotowe? Popatrzyli na mnie jak na przybysza z Kosmosu:

- Panie, my nic nie wiemy, my idziemy... z roboty! Nie pozostało nam nic innego, tylko rozstawiać namioty w tym samym miejscu, co rok wcześniej.

 

Dobrze być przygotowaną na wszystkie ewentualności zimowe!

fot. kot

Gazeta z dostawą do domu

Cha, cha, nigdy więcej! W grudniu ub.r. zamówiłem miesięczną prenumeratę DZ z dostawą do domu. Nie przewidziałem jednego, mianowicie, że codziennie o godz. 5,45 będę budzony domofonem, aby otworzyć drzwi wejściowe na klatkę schodową posłańcowi, który rozwozi gazety. On też się z pewnością nie cieszył, gdyż musiał wejść na IV p. z dziennikiem, uprzednio przypinając rower do barierki. Gdy po miesiącu płaciłem za usługę, obaj odetchnęliśmy z ulgą. Żaden z nas nie proponował przedłużenia czasu prenumeraty.